Siła edukacji i wsparcie Funduszu Żubra – wywiad z laureatką Nagrody im. Simony Kossak
17 grudnia, 2025
Dr Iwona Pawliczka od ponad dwóch dekad działa na rzecz ochrony ssaków morskich w Polsce. Kieruje ośrodkiem rehabilitacji fok w Stacji Morskiej im. Prof. Krzysztofa Skóry w Helu, angażując naukę, edukację i społeczeństwo w walkę o zachowanie gatunków zagrożonych. Rozmawiamy o wyzwaniach ochrony Bałtyku, inspiracjach, foko-pacjentach oraz tym, czego dziś najbardziej potrzebują morskie zwierzęta.
Została Pani uhonorowana Nagrodą im. Simony Kossak – jak przyjęła Pani tę wiadomość? Co to wyróżnienie znaczy dla Pani?
Uhonorowanie nagrodą im. Simony Kossak było dla mnie przede wszystkim ogromnym zaskoczeniem, ale też wielką dumą.
Patronka nagrody była osobą zawsze podziwianą przeze mnie za sposób i formę zaangażowania w ochronę przyrody – nie tylko czynny udział w ochronie i przekonanie o jej konieczności, ale przede wszystkim cała wspaniała praca edukacyjna, ukierunkowana na kształtowanie biofilnej postawy społeczeństwa. Myślę, że bycie tak blisko przyrody i poświęcenie, z jakim jej pomagała, dawało jej doświadczenie przekuwane na siłę wypowiadanych słów. Zdolność trafiania słowem do ludzi była skarbem, którym dysponowała Simona Kossak. Wyzwalała w słuchaczach zrozumienie i miłość do każdego skrawka natury, o którym mówiła, a trafianie do serc jest niezbędne w osiąganiu celów ochrony przyrody.
Przyznanie tej nagrody wywołało we mnie bardzo cenną refleksję, że to, co robimy wraz z całym zespołem Stacji Morskiej, jest zauważone i ważne, a to daje dodatkową motywację do kontynuacji działań na rzecz ochrony Bałtyku.
Od lat działa Pani na rzecz ochrony fauny Bałtyku, w szczególności fok. Co zainspirowało Panią do obranej ścieżki naukowej i aktywistycznej?
Wychowana nad morzem, w rodzinie marynarskiej, od dzieciństwa wyobrażałam sobie siebie wyłącznie na morzu, na statkach, obserwującą delfiny i wieloryby.
Studia oceanograficzne na Uniwersytecie Gdańskim otworzyły mi tę wymarzoną morską drogę i pracę ze ssakami morskimi. Ale tak naprawdę to przypadek sprawił, że zajęłam się fokami. Przyczynkiem do tego była mała biała foczka, spontanicznie nazwana Balbinką, znaleziona na brzegu morza i potrzebująca pomocy człowieka.
Bazując na jej historii, zbudowaliśmy wraz z szefem Stacji Morskiej UG, prof. Krzysztofem Skórą, który zaprosił mnie do współpracy, projekt reintrodukcji i ochrony fok szarych w południowym Bałtyku, którego ważną częścią było fokarium. „Zaprosiliśmy” do współpracy foki, które zamieszkały w fokarium i wydawały na świat potomstwo, uwalniane potem do środowiska naturalnego. Głową tej foczej rodziny został Balbin – dorosły już samiec, któremu udało się kilka lat wcześniej ocalić życie.
Bliskość tych zwierząt, obserwacja ich codziennych zachowań, macierzyństwa, dbałość o ich zdrowie fizyczne i psychiczne inspirowało nas do zaangażowania się w bezpośrednią pomoc zwierzętom żyjącym na wolności, tym, które wymagają ludzkiego wsparcia w przeżyciu. Tak narodził się pomysł i potrzeba uruchomienia ośrodka rehabilitacji fok, który teraz pracuje pełną parą, głównie w okresie wiosennym, kiedy młode foki rozpoczynają samodzielne życie, i nie wszystkim się to udaje.
Jak wygląda codzienna praca w Stacji Morskiej w Helu? Z jakimi wyzwaniami mierzy się Pani zespół na co dzień w kontekście ochrony zagrożonych gatunków zwierząt?
Jesteśmy placówką naukową i edukacyjną, staramy się więc używać dostępnych narzędzi w projektach naukowych, monitorowaniu sytuacji fok i morświnów – małych waleni, których populacja bałtycka jest krytycznie zagrożona wyginięciem – minimalizacji zagrożeń oraz w rozpowszechnianiu wiedzy na temat problemów tych zwierząt. Szczególnie ważne jest angażowanie opinii społecznej w tę problematykę i uświadamianie roli bezpiecznego siedliska dla przetrwania fok i morświnów, a szczególnie bezpośredniego wpływu na jego jakość, który może mieć zarówno każdy z nas indywidualnie, jak i liczne przedsięwzięcia gospodarcze wykorzystujące przestrzeń morską, takie jak choćby rybołówstwo, turystyka czy intensyfikujące się w ostatnich latach plany morskich elektrowni wiatrowych.
Jak najlepiej można pomóc w takich wyzwaniach, jak wspierać osoby działające na rzecz zagrożonych gatunków zwierząt w Polsce? Jak na tym tle wypada Fundusz Żubra, co przesądziło o Pani zaangażowaniu w projekt grantowy Funduszu Żubra?
Podstawą jest świadomość zagrożeń i wiedza o nich, a także wola minimalizacji tych zagrożeń na wszystkich poziomach – od indywidualnego, będąc choćby użytkownikiem morza jako turysta, poprzez wybory konsumenckie, np. wybór ryb łowionych technikami przyjaznymi dla ssaków morskich i ptaków, po decyzje na poziomie inwestorskim, których chociaż część obwarowana jest koniecznością realizacji działań zwiększających poziom bezpieczeństwa zwierząt.
Jeśli chodzi o bezpośrednią pomoc fokom potrzebującym ratunku, potrzebne jest współdziałanie – sami, bez wsparcia takich inicjatyw jak program grantowy Funduszu Żubra, a także chęci niesienia pomocy przez osoby, które napotykają na foki na plaży, bez pomocy grupy wolontariuszy, którzy są gotowi w każdej sytuacji na pomoc w ocenie stanu foki i podjęcia jej z brzegu w celu dostarczenia do naszego ośrodka rehabilitacji, nie bylibyśmy w stanie podejmować niezbędnych interwencji na całym wybrzeżu Polski i zaopiekować się potrzebującymi zwierzętami. Tym samym im więcej każdy z nas wie o fokach, o ich biologii, potrzebach, zachowaniach i zagrożeniach, tym bardziej możemy liczyć na skuteczne współdziałanie.
Rehabilitacja fok to nie tylko nauka, ale i ogromne zaangażowanie emocjonalne. Czy pamięta Pani historię konkretnego zwierzęcia, które szczególnie zapadło Pani w pamięć?
Najlepiej pamiętam początki naszych działań, kiedy wszystko dopiero organizowaliśmy. Wtedy foki trafiały do nas sporadycznie, 1–2 rocznie, więc każdy pacjent był szczególny. Teraz przyjmujemy kilkadziesiąt małych fok rocznie, głównie w kwietniu i w maju. Poza foką Balbinem, która została z nami i stała się założycielem stada w fokarium, zawsze pamiętać będę maleńką foczkę obrączkowaną – gatunek, który żyje w północnym Bałtyku i rozradza się wyłącznie na lodzie, bardzo rzadko obserwowany na polskich brzegach.
Foka Rewa, która zaplątała się w sieci rybackie w okolicy Rewy i trafiła do nas dzięki rybakom, którzy dowieźli ją do brzegu, choć najmniejsza ze wszystkich gatunków bałtyckich fok, była najbardziej bojowym pacjentem naszego ośrodka, a opieka nad nią wymagała dużej sprawności i determinacji. Była u nas niespełna dwa miesiące, do końca traktując karmienie i wszelkie niezbędne czynności opiekuńcze i monitorujące jej stan zdrowia jako atak wymagający od niej przeciwdziałania zagrożeniu, jakim jest człowiek. To w sumie bardzo dobry objaw, bo daje podstawy do przeżycia w naturze, trzymając się z dala od człowieka, ale pamiętam ją jako najtrudniejszego i najmniejszego pacjenta.
Projekt zgłoszony do Funduszu Żubra zakłada rozwój ośrodka rehabilitacji fok. Co konkretnie umożliwi grant – jakie działania uda się teraz zrealizować?
W miarę wzrostu odradzającej się w Bałtyku populacji fok szarych, ale także związaną ze zmianami klimatycznymi utratą lodowych „porodówek” w północnym Bałtyku, gdzie foki szare głównie przychodzą na świat, czy przywróconymi polowaniami na foki w Finlandii, Szwecji czy Estonii, obserwujemy wzrost liczby młodych, zaledwie kilkutygodniowych fok, które morze wyrzuca na nasz brzeg po dalekiej i wyczerpującej morskiej podróży. Od kilku lat trafia do nas rocznie kilkadziesiąt pacjentów w różnym stanie. Większość jest wyczerpana i głodna, zbyt wcześnie oddzielona od matki lub zmuszona do dalekiej morskiej wędrówki w nieznane wraz z porwanymi przez wiatr fragmentami lodu, na którym przyszły na świat.
Dzięki grantowi Funduszu Żubra udało nam się przygotować kolejne izolatki dla małych pacjentów, zapewniające komfortowe warunki rehabilitacji przede wszystkim małym pacjentom, ale też umożliwiające sprawną opiekę nad każdym z nich. Każda izolatka wyposażona jest w tzw. część plażową, gdzie foczki spędzają większość czasu, regenerując siły i gromadząc niezbędne zapasy tłuszczu, oraz w basenik, w którym muszą każdego dnia po kilka razy odbyć najpierw krótką, a w miarę poprawy kondycji – dłuższą kąpiel. Każda izolatka wyposażona jest ponadto w miejsce dodatkowo ogrzewane, gdzie najsłabsi pacjenci najchętniej spędzają czas, oraz w monitoring on-line, dzięki któremu mamy całodobowy wgląd w izolatki. To umożliwia ograniczenie kontaktu bezpośredniego ze zwierzętami, co jest bardzo ważne w opiece nad osobnikami mającymi perspektywę powrotu do naturalnego środowiska.
Jakie są najpilniejsze potrzeby w zakresie ratowania fok szarych na polskim wybrzeżu? Jak zmienia się skala problemu z roku na rok?
W naszym ośrodku pilną potrzebą jest wciąż zwiększenie liczby profesjonalnych izolatek dla fok, aby móc przyjąć wszystkich potrzebujących pacjentów i zapewnić im bezpieczne warunki leczenia i rehabilitacji. Od kilku lat przyjmujemy do naszego foczego „szpitalika” po kilkadziesiąt małych fok – jedne potrzebują mniej, inne więcej czasu na odzyskanie kondycji i gotowość do samodzielnego życia. Zapewnienie im jak najlepszych warunków rehabilitacji przekłada się na szybsze efekty leczenia, regenerację utraconych sił i skrócenie czasu przebywania w towarzystwie człowieka.
W projekcie wspomina się o edukacji społecznej. Jak reaguje społeczeństwo na Wasze działania i co jeszcze możemy zrobić, by zwiększyć świadomość ekologiczną nad Bałtykiem?
Społeczeństwo reaguje bardzo pozytywnie i włącza się w bezpośrednią pomoc zwierzętom. Tak naprawdę tylko dzięki jego świadomym reakcjom my na końcu mamy szansę pomóc fokom. Musimy na pewno pracować dalej, między innymi nad uświadamianiem, że nie każda foka widziana na brzegu wymaga pomocy, że to jest ich naturalne środowisko i mają prawo z niego korzystać – odpoczywać, zmieniać corocznie futro czy w końcu rodzić i wychowywać potomstwo, choć to się na polskich brzegach nie dzieje.
Może to, że jako ludzie jesteśmy obecni na każdym niemal centymetrze plaży, nie pozwala fokom na wybór naszych plaż jako miejsca rozrodu? Nie wiem jednak, czy jako społeczeństwo, a przede wszystkim jako turyści i cała branża turystyczna, jesteśmy gotowi na oddanie fokom fragmentów plaży niezbędnych im do życia. Czy wzorem innych krajów jesteśmy w stanie zamknąć okresowo jakieś niewielkie fragmenty plaż? Czy zorganizowanie bezpiecznych obserwacji stada fok na brzegu ma szansę stać się atrakcją turystyczną w zamian za tradycyjne plażowanie? Potrzeba jeszcze dużo czasu i pracy nad tolerancją.
Wspomniała Pani, że Simona Kossak była jedną z Pani inspiracji, obok Jane Goodall czy Sylvii Earle. Co łączy te kobiety i czego nas uczą?
Wszystkie te naukowczynie łączy bezpośredni kontakt i bliskość natury, którą badały i na rzecz której pracowały, dogłębne zrozumienie potrzeby ochrony zwierząt i ich siedlisk oraz świadomość destrukcyjnej działalności człowieka. Wszystkie łączyła głęboka empatia dla zwierząt i całej przyrody, dzięki której fascynująco o niej opowiadały i wpływały na świadomość całych pokoleń ludzi. Ta umiejętność jest niezwykła w świecie badaczy, a bezpośrednie obcowanie z przedstawicielami gatunków chronionych dało im niezwykłą siłę przekazu i zarażania ludzi miłością do przyrody.
Jakie wartości Simony Kossak widzi Pani jako szczególnie aktualne w dzisiejszej ochronie przyrody?
To wiedza nabyta w czasie bezpośrednich obserwacji zwierząt, zrozumienie i miłość do nich oraz dzielenie się tą miłością w nadzwyczaj umiejętny sposób z ludźmi. Bardzo cenna była też bezkompromisowość w jej przekonaniach i działaniach. Choć zawsze szanowała swoich rozmówców i ich racje, uznawała, że w ochronie przyrody nie ma miejsca na kompromisy – albo podejmiemy konieczne działania i ocalimy jakiś gatunek, siedlisko czy ekosystem, albo bez zrozumienia poniesiemy klęskę i stracimy je na zawsze.
Foki, morświny, żubry, ptaki bagienne – każde z tych zwierząt mierzy się z innym zagrożeniem. Co, Pani zdaniem, łączy te problemy i jak powinniśmy myśleć o ochronie gatunków zagrożonych w XXI wieku?
Podstawą jest w ogóle zrozumienie roli przyrody w naszym życiu – czym jest przyroda, jaką rolę spełnia harmonijnie funkcjonujący, kompletny ekosystem, jakie znaczenie w tym ekosystemie i w łańcuchu pokarmowym mają konkretne gatunki oraz jakie konsekwencje może mieć utrata któregoś z nich, wreszcie jakie korzyści dostarcza nam przyroda, ze wszystkimi gatunkami flory i fauny. Czasem wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak bardzo ja sam korzystam z walorów przyrody, i zdać sobie sprawę, że las, łąka, jezioro, rzeka czy morze to naturalne ekosystemy, kształtowane w drodze ewolucji, dzięki której ekosystemy te uzyskały równowagę, a każdy organizm znalazł w nich swoje miejsce. Nasze nieroztropne działania i przedsięwzięcia, które nierzadko traktują przyrodę jako czynnik przeszkadzający, wielokrotnie pokazały i wciąż pokazują, jak łatwo zniszczyć tę równowagę, a przez to warunki do życia dla wielu gatunków, także naszego.
Powinniśmy żyć w podziwie dla przyrody, dbając o nią tak, jak ona dba o nas, chociaż sobie tego zwykle nie uświadamiamy. Dobrze byłoby stać się w pełni świadomym konsumentem – znać źródła pochodzenia i proces powstawania żywności, którą kupujemy, świadomie ją wybierać, ograniczyć powszechny i popularny konsumpcjonizm, który wciąż często bywa wyznacznikiem naszej pozycji społecznej, żyć bliżej otaczającej nas przyrody i ją poznawać, a dzięki temu zrozumieć ją i pokochać, tak jak Simona, Jane czy Sylvia.
Zmiany klimatyczne, ingerencja człowieka, zanieczyszczenia – które zagrożenia dla Bałtyku uważa Pani dziś za najpoważniejsze?
To bardzo kompleksowy problem. Jedne zagrożenia działają krótkoterminowo, inne długoterminowo. Oddziaływanie jednych jest już poznane, ale dochodzą nowe – takie, które są już zidentyfikowane lub o których jeszcze nie zdajemy sobie sprawy. Nie możemy pomijać żadnych z nich i pracować nad ich poznawaniem, zminimalizowaniem ich wpływu lub eliminacją tu i teraz. Szczególnie wobec tych, które są zdefiniowane i co do których istnieją znane i przetestowane pod kątem skuteczności narzędzia, a brakuje jedynie woli politycznej czy społecznej, aby je wdrożyć. Problemem jest to, że niemal wszystkie działania zaradcze wiążą się z jakimś ograniczeniem aktywności człowieka, a wtedy trudno bywa uzyskać akceptację. W rankingach zagrożeń dla Bałtyku na pierwszych miejscach umieszczane są zwykle niszczenie siedlisk, nadeksploatacja zasobów i eutrofizacja. Powinniśmy zmierzyć się z uznaniem tych zagrożeń za najpoważniejsze oddziałujące bezpośrednio i najwcześniej i zacząć im przeciwdziałać, nie tracąc z oczu innych czynników pośrednich i bardziej odległych w czasie, takich jak zanieczyszczenia czy zmiany klimatyczne, badając ich wpływ i poszukując najlepszych praktyk i technologii łagodzenia ich skutków w dialogu z opinią publiczną, której akceptacja jest gwarantem powodzenia. Przykładami zagrożeń mogących skutkować bezpośrednią śmiertelnością organizmów są niektóre typy sieci rybackich, powodujących przypadkowe zaplątywanie się w nie ssaków morskich czy ptaków, a także chronionych gatunków ryb, czy też hałas podwodny, który powoduje płoszenie, rozdzielanie stada, zranienia lub śmierć zwierząt.
Jakie są Pani marzenia – jako naukowczyni i jako aktywistki – jeśli chodzi o przyszłość Bałtyku i mieszkańców wybrzeża?
Moje marzenia to świadomy i szanujący żyjącą tutaj przyrodę konsument wszelkich walorów przyrodniczych tego rejonu – od ryby na talerzu po plażowy piasek pod stopami, zrównoważona turystyka uwzględniająca pojemność turystyczną regionu, czyli nieszkodząca środowisku przyrodniczemu ani kulturowemu, a w końcu empatia wobec zwierząt i roślin, mieszkańców nadmorskich i morskich siedlisk, która daje nadzieję na ich ochronę i przetrwanie.
Dr Iwona Pawliczka
Biolog morski, specjalistka w zakresie ochrony ssaków morskich, kierowniczka Ośrodka Rehabilitacji Fok w Stacji Morskiej im. Prof. Krzysztofa Skóry Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego. Od lat prowadzi działania naukowe, edukacyjne i interwencyjne związane z fokami i morświnami, koordynuje projekty dotyczące ich ochrony i monitoringu oraz współpracuje z organizacjami krajowymi i zagranicznymi. Laureatka Nagrody im. Simony Kossak.
